Nie lubię Francuzów. A dokładniej niektórych z nich. Precyzyjnie rzecz ujmując Francuzów z pewnej organizacji.


O swojej niechęci zdążyłem już dawno zapomnieć, bo to uczucie wykiełkowało jakieś trzydzieści lat temu. Jak się okazało trwało jednak w uśpieniu i niedawno dało o sobie znać z całą mocą.

Choć rocznikom wychowanym w bezpiecznej demokracji trudno to sobie dziś wyobrazić, ale były kiedyś takie czasy, że Polska była szarobura (tak na marginesie – ale bardzo a propos – moje dziecko zapytało mnie niedawno, czy kiedy byłem małym chłopcem to były kolorowe telewizory(!); moja odpowiedź: były, choć wybuchowe).

Otóż ta polska „szaroburość” objawiała się nie tylko doborem mało atrakcyjnego dla oka, dość jednolitego kolorystycznie odzienia, ale brakiem lśniących reklam na ulicach, mieniących się wielobarwnie supermarketów, czy wymyślnych, designerskich produktów z eksportu.

Nie oznacza to jednak, że nie było tęsknoty za takimi rarytasami. Była i to wielka. I ja jako pacholę tej tęsknocie także się oddawałem. Te trzydzieści lat temu moi rówieśnicy wpadli na pomysł (a może nie oni, a tylko przypisuję mojemu pokoleniu tę zasługę), by naszą nadwiślańską rzeczywistość nieco osłodzić. W owych czasach popularną chłopięcą rozrywką było prowadzenie korespondencji ze znanymi zachodnimi koncernami. Korespondencja to raczej określenie na wyrost, bo polegało to mniej więcej na tym, że do koperty wkładało się napisany łamaną (i dam sobie rękę uciąć skrajnie niepoprawną) angielszczyzną list, będący jednocześnie zachwytem nad dokonaniami danej firmy i prośbą o przysłanie materiałów reklamowych.

I wędrowały te listy po całym świecie. A przy odrobinie farta i histerycznej wręcz radości po kilku miesiącach niektórzy z nas otrzymywali zwrotny polecony z Zachodu wypełniony naklejkami i prospektami firmowymi. Ja też byłem w gronie szczęściarzy, bo na mój list odpisała Coca-Cola i amerykański koncern paliwowy Pennzoil.

I zmierzam do meritum. Oni odpisali i odesłali co trzeba, a Francuzi nie! Jako miłośnik piłki nożnej tak bardzo na nich liczyłem! Bo muszę wyjaśnić, że adresatem mojej korespondencji był F.F.F. – Federation Francaise de Football, czyli Francuski Związek Piłki Nożnej. Do dziś nie dostałem od nich nic. Nosiłem w sobie ten żal tak długo, nie dzieląc się z nikim swoimi zranionymi uczuciami, nie znajdując ukojenia w żadnych słowach pocieszenia, że w końcu musiałem to z siebie wyrzucić!

I gdybym był cham i prostak mógłbym zaśpiewać na nutę nieco zmodyfikowanej przyśpiewki niektórych kibiców: – F.F.F! F.F.F! Jebać, jebać F.F.F.!
Ale jakoś nie pasuje…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>