Podsłuchiwałem w autobusie. Znowu. Czasami robię to bezwiednie, czasami z rozmysłem. Tym razem było z rozmysłem. Ale temat poważny.

Rozmawiały dwie kobiety. Jedna w wieku 60 plus VAT, druga może tylko o VAT młodsza. Z kontekstu wywnioskowałem, że ta starsza niedawno owdowiała. To w gruncie rzeczy smutna okoliczność. I wiąże się często z dość intymnymi przeżyciami i wyznaniami. Dlatego już miałem zredukować swoje nastawienie na odbiór, ale dyskusja potoczyła się w tak niespodziewanym kierunku, że nie mogłem się powstrzymać i z ciekawością wyczekiwałem puenty.

Panie mówiły o strachu. O tym obezwładniającym uczuciu, które towarzyszy nam w chwili odejścia bliskiej osoby, niewątpliwie jest też dominującym u samych odchodzących. W opowieści kobiety z pokaźniejszym bagażem VAT, pojawiał się też wyraźnie inny rodzaj obaw: o to jak sobie poradzi bez małżonka w rozwiązywaniu wielu problemów dnia codziennego, wspominała niepewność związaną z załatwianiem wszystkich  spraw dotyczących ceremonii pogrzebowej, ubezpieczeń, opłat, papierów, formalności przeróżnej maści. Jeden wielki strach. I smutek.

Mi też zrobiło się nieswojo i właśnie w tym momencie postanowiłem wycofać swoje ucho ze wścibskiego uczestnictwa w tej rozmowie. Tymczasem wdowa w jednej sekundzie opuściła nastrój chopinowsko-nokturnowy i  niespodziewanie wypaliła swojej rozmówczyni prosto w twarz:
– Ale co tam będę tyle o sobie. Mów lepiej co u twojego starego, bo ja ze swoim już mam święty spokój!
Po czym z jej piersi, niezbyt pokaźnej i pojemnej wydobył się tak obrzydliwy rechot, że musiałem spojrzeć w jej kierunku, by się upewnić, że to coś, co przed chwilą usłyszałem wyszło faktycznie z jej gardła, a nie z gardzieli przepitego murarza. Wprost nie mogła się powstrzymać od śmiechu. Rechotała i rechotała tak dłuższą chwilę, aż jej oczy zaszły łzawą mgiełką.

Odwróciłem się trochę zdezorientowany tak dziwnym obrotem rozmowy. I wtedy przypomniał mi się występ jednego z kabaretów. Poruszony wówczas temat pasował jak ulał do sytuacji, w której się znalazłem. Traktował bowiem o oswajaniu strachu. Artyści na przykładzie dwóch życiowych historii dowodzili, że towarzyszące nam lęki można okiełznać.

Pierwsza opowieść dotyczyła strachu, który wzbudzała wśród męskiej części braci studenckiej pewna portierka w żeńskim akademiku. Jej misją było stać na straży niewinności studentek i każdy przedstawiciel płci brzydszej, który zbliżył się na odległość wzroku do strzeżonego przez nią domu studenckiego, stawał się naturalnym wrogiem. Ale pewien młody dżentelmen postawił poskromić ten strach. Śmiało przekroczył próg akademika i na uprzejme pytanie portierki („A ten do kogo?!”), odparł bezczelnie: – A kogo by pani poleciła?
Strach poskromiony? Po mistrzowsku!

Podobnie jak w przypadku pewnej niewiasty, która samotnie wybrała się na grzybobranie w ciemne, leśne ostępy. Natknął się na nią leśniczy, który właśnie kontrolował swój rewir. Zdziwiony obecnością kobiety na takim odludziu zapytał z troską: – A nie boi się pani tak sama, po lesie? Niewzruszona grzybiarka odrzekła: – Złodzieja się nie boję, bo pieniędzy nie mam. Na bandytę to mam tu, o taki, mały kozik. A pierdolić to się nawet lubię!
I po strachu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>